Jak nie kochać dinozaura?

O tym, skąd płyną inspiracje do wybrania kariery naukowca i dlaczego w Polsce kości dinozaurów się rozpadały, czyli rozmowa z dr. Tomaszem Sulejem.

Spotkanie z dr. Tomaszem Sulejem 9 listopada 2017, godz. 19.00 w planetarium >

Skąd pasja do biologii i paleontologii?

W dzieciństwie jeździłem z rodzicami nad Bug, gdzie przyglądałem się dzikiej przyrodzie. Tam się zaczęła pasja do podglądania przyrody – na początku proste obserwacje, a później na przykład już własna hodowla kaktusów. Pamiętam też wizytę w warszawskim zoo. Był tam sklepik, a wśród pamiątek figurki dinozaurów – mały wybór, wszystkie czarne i gumowe. To czasy sprzed Jurassic Park, jeszcze nie było rynku na dinozaury, ale ja kupiłem sobie kilka figurek i chyba tak zaczęła się moja pasja paleontologiczna. To się później oczywiście bardzo zmieniało – w życiu miałem jeszcze wiele różnych pasji.

Jakie na przykład?

Jedną z tych, która bardzo mi się teraz przydaje, było modelarstwo. Składając modele z papieru, plastiku i drewna mogłem ćwiczyć zdolności, które teraz są bardzo przydatne przy preparacji okazów.

Wybierając się na studia, już planował Pan paleontologię?

Gdy szedłem na biologię, myślałem, że zostanę ekologiem i będę badał norki i wydry nad polskimi rzekami. Ale na początku czwartego roku, gdy byłem już zdecydowany, że będę ekologiem zwierząt, trafiłem na wykład prof. Dzika. Oczarował mnie swoim profesjonalizmem, wiedzą, sposobem opowiadania o paleontologii. Zaproponował wszystkim, żeby pisać pracę magisterską na temat płazów z triasu z Krasiejowa. Tylko ja się zdecydowałem. Wtedy postanowiłem, że jednak zostawiam te norki i wydry i wracam do pasji z dzieciństwa. Tak się zaczęły wyjazdy na wykopaliska.

Bywał Pan na wykopaliskach w Rosji, Tunezji, na Grenlandii – zdarzały się wyjazdy, które zaskakiwały?

Dzisiaj już trudno o niespodzianki. Zanim się wybrałem na Grenlandię, obejrzałem nagrania z ekspedycji moich poprzedników. Rozmawiałem z polarnikami, wiedziałem, jak wygląda życie na Grenlandii. Byliśmy przygotowani nawet na spotkanie z niedźwiedziem polarnym – mieliśmy zawsze ze sobą broń, byliśmy przeszkoleni. Na szczęście do spotkania z niedźwiedziem nie doszło.

A jaka przygoda zapadła Panu w pamięć?

Pracowaliśmy na Grenlandii, skalista okolica i całe szkielety płazów i gadów. Byłem skupiony nad jednym z okazów. Cały dzień na klęczkach, nie wiedziałem, co się dzieje wokół mnie. W pewnym momencie podniosłem głowę znad kamiennego dołu i zobaczyłem, że wszędzie robi się biało – z gór schodziła mgła. Musieliśmy natychmiast ruszyć z powrotem, żeby trafić do obozu. Dookoła nie było żadnych drzew czy charakterystycznych skał, którymi moglibyśmy się kierować. Szybko zwinęliśmy nasze rzeczy, łącznie z generatorem prądotwórczym i młotem pneumatycznym – strasznie to było ciężkie. Zgubiłbym się, gdybym był sam. W obozie zabezpieczyliśmy namioty i jakoś przetrwaliśmy noc. Niestety rano się okazało, że nasi koledzy geolodzy, którzy mieli obozowisko nieco niżej, stracili wszystko. Musieli wracać pieszo kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego lądowiska.

To zupełnie inny obraz niż taki rozpowszechniony wizerunek badacza z miotełką.

Większość ludzi myśli, że archeolodzy i paleontolodzy to to samo. A w rzeczywistości to zupełnie inne dziedziny – miotełkami zwykle posługują się archeolodzy. Oni pracują w ziemi i faktycznie mogą ten piasek strzepywać.

A paleontolodzy wolą ciężki sprzęt?

Tak, pracując w skałach, bardzo rzadko używamy pędzelka czy miotełki. Zwykle to jest po prostu kilof, młot pneumatyczny albo piła tarczowa. W Polsce często pracujemy w skałach ilastych, potocznie zwanych gliną. Gdy pojedziemy w teren i trafimy na słabą pogodę, to niestety, wracając, jesteśmy cali umorusani w błocie. Przez wiele lat w Polsce był jeszcze jeden problem.

Jaki?

W Polsce skały, w których znajdujemy skamieniałości są dosyć płytko. Kości nasiąkają wodą, i przemarzają, a wtedy znajdujemy je już rozdrobnione, popękane na drobne fragmenciki. Dopiero teraz, gdy mamy szybkoschnące kleje, możemy nasączyć nimi kości jeszcze przed wydobyciem i wyciągać próbki w całości. 20–30 lat temu nikt w Polsce nie znajdował tych kości – prawdopodobnie dlatego, że nie było jak ich wydobyć, bo po prostu się rozpadały.

Przypuszczam, że na Grenlandii było inaczej.

Największym zaskoczeniem była trudność, z jaką borykaliśmy się przy wydobywaniu tych skamieniałości. Pierwszy raz spotkaliśmy się z erozją, która powoduje, że skały zsuwają się i pękają cały czas. Znaleźliśmy na powierzchni fragmenty szkieletu jakiegoś gada, zaś reszty szukaliśmy już w litej skale, ale nie byliśmy w stanie nic znaleźć. Brakujące fragmenty mogły się znajdować w skałach, które po tych setkach milionów lat znajdowały się stosunkowo daleko od siebie dlatego nie mogliśmy ich namierzyć.

Z jednej strony skały i młot pneumatyczny, a z drugiej wspomniana wcześniej preparacja okazów. Brzmi jak zadania ze skrajnych dziedzin.

To jest piękno tego zawodu. Jest się w terenie, wśród dzikiej przyrody i często jest tak, że odkrywa się rzeczy, które do tej pory nie widziały światła dziennego. Czasami „przywracamy je do życia” po przeszło 200 milionach lat. Wyciągamy je ze skały do naszego świata „żywych”. Po wydobyciu skamielin następuje ciąg dalszy – preparacja.

Na czym ona polega?

Najpierw trzeba taki okaz wypreparować ze skały, czyli oczyścić. Często przywozimy blok skały, na powierzchni którego widać fragment skamieniałości. Oczyszczamy je sami, ale zdarza się, że skamieniałości są tak drobne i słabo zachowane, że z pomocą musi przyjść tomograf komputerowy. Ten sprzęt jest podobny do tego używanego przez lekarzy do badania mózgu, ale nasz jest bardziej zaawansowany. Tomografów też używają inżynierowie albo fizycy. Prześwietlając skały, otrzymuje się komputerowy obraz 3D, który potem opracowują graficy. Na przykład w przypadku ozimka kości czaszki były zupełnie porozrzucane w skale. Uzyskane modele wirtualnie układaliśmy więc jak trójwymiarowe puzzle, tylko bez wzoru. Jest to naprawdę bardzo trudne, żeby dopasować kości do siebie u form, których nikt wcześniej nie widział. Czasami wręcz zgadujemy, jak to mogło wyglądać.

A jak zweryfikować poprawność takiego zgadywania?

Na szczęście paleontologia jest nauką testowalną. Gdy robimy rekonstrukcję czaszki czy całego zwierzęcia, to są to hipotezy badawcze, które można sprawdzić. Jeśli ktoś znajdzie całą czaszkę danego organizmu, a nowe okazy są wciąż wydobywane, to można je porównać z przewidywaniami i powiedzieć, gdzie był błąd.

Tak było z pierwszymi skamieniałościami gada, który nazywa się tanystrof. Miał on bardzo długie kręgi szyjne. Gdy pierwsi badacze znajdowali porozrzucane na stanowisku kręgi szyjne, to byli pewni, że to paliczki. I rzeczywiście bardziej przypominają człony palców niż kręgi. W związku z tym badacze połączyli je jako trzony palców i otrzymali latającego stwora. Dopiero później, gdy odkryto całe szkielety tanystrofa, to okazało się, że nie są to fragmenty palców, tylko właśnie kręgi szyjne.

Jaki wpływ na wiedzę o współczesnej przyrodzie ma paleontologia?

Bardzo szeroko spoglądając na paleontologię, możemy powiedzieć, że badamy historię świata żywego, dzięki której lepiej rozumiemy świat przyrody, która nas otacza. Podobnie jest np. w przypadku historii współczesnej – nie można zrozumieć historii konfliktu na Bliskim Wschodzie, jeśli nie pozna się historii, która sięga kilkaset lat wstecz. Tak samo jest ze światem żywym. Biolodzy zazwyczaj są skupieni na badaniu tego, co mamy szansę obserwować współcześnie, ale dopiero poznanie ewolucji życia na Ziemi daje nam szerszą perspektywę. Perspektywę, która budzi ogromny szacunek do tego, co nas otacza.

Dziękuję za rozmowę
 

Rozmawiał Dominik Roszkowski
Data publikacji: 7 listopada 2017 r.